Gdy siedziałem w tramwaju
w odbiciu szyby obserwowałem
starszą panią.
.
Nie miała słuchawek,
nie przeglądała telefonu,
nie czytała.
.
Ona tylko przełykała ślinę.
Cztery zsiwiałe osoby,
niefarbowane,
szły rzędem w parku.
.
Mężczyzna w kaszkiecie,
para w szyku – pod rękę,
kobieta w piaskowym płaszczu,
kolejno w takim układzie.
.
Mogły to być dwie pary
– albo trzy.
Gdy pisałem wiersz,
podleciał do mnie
zielony robaczek.
.
Podekscytowany
i uradowany – rzuciłem:
„nazwę cię…?” – przeciągając ostatnią sylabę.
Nagle odleciał.
.
Machnąłem ręką i rzekłem:
„nieważne”.
Coś oderwało się
od gałęzi
i wpadło mi
do hamaku.
.
Ta wątła formacja
zaszczyciła mnie
gdy wisiałem
między dębem a jesionem.
.
Ma główkę,
czuprynę,
stopę
i parę kończyn.
.
Patrzę w górę
a tam lęgówka,
tam korony,
wszechświat.


Dodaj komentarz