Z głowy na skrawek. Skrawki papieru. Urwane i spalone w beczce. Na Manhattanie. Tam palą moje myśli, bo też je mają. Skąpani w zapleczu kulturowej zupy jarzynowej. Każdy prezentuje swą postawą instynktowne sięganie po garba. Za życia organizują sobie grobowce. Sypiamy w nich. W tych małych apartamentach. Zostawiają po sobie skrawki i słowa. W zaświatach jedynie okładka. Mumifikacja. Wieczność. O godny pochówek dbali nie tylko najbogatsi, lecz też ci, co tego bogactwa nie dostąpili. Na umarłej stercie szmalu, z odessaną wodą i powietrzem. Te pieniądze się nie rozejdą, są szczelnie zamknięte i obsmarowane balsamem. Każdą stertę owijano następnie bandażami. Procesją wysyłano szmal. W przestrzeń. Zanurzano w gnijącej ziemi, gdy sam szmal nie ulegał rozkładowi. Zmierzam już powoli do końca tego fragmentu. Głośniki nie działają, ale napisze wam subtelnie. Substancja, która powinniście używać do balsamowania nie jest szmal, ale wasze własne ręce. Sami zakopani w ziemi. Grzebmy w ziemi, w ziemi własnymi paznokciami wygrzebmy diademy, bo gdzieś tam są. Jakiś rabuś ukrył skradziony diadem i gdzieś pod powierzchnią czeka. Ona tam czeka na ciebie, żebyś pozwolił jej oddychać tlenem. Bursztyny na plaży. Kasztany przydomowe. Te co w koszyku ozdabiały próg. Tam gdzie zgniłe liście kiedyś, teraz obrane pomidory. Umyte ziemniaki, lecz zakorzenione.


Dodaj komentarz