Opowieści z Żabki – Tom I

1 – ul. Juliusza Lea 12B lok. LU1, 30-048 Kraków / 22.12.2024

Produkt dotarł tam nad ranem, gdy ja nieświadomie spałem w swym ciasnym mieszkaniu. Kurier przywiózł im ciasno zawiniętą paletę. Wczoraj ją widziałem, jak stała wieczorem pod sklepem. Pewnie przed zamknięciem pracownicy obowiązkowo przenosili produkty do środka. Do tej ciasnoty sklepu, na zaplecze, slalomem przy kasie. Całą paletę produktów.

Nad ranem, po przebudzeniu, wybrałem się z kawą do piekarni. Do Pani Joli po bułki sycylijskie, zamaczane w oliwie. Dużo na niej siemienia lnianego. Po przekrojeniu, za każdym razem czuć aromat Włoch. Sięgałem po nie często w lato, lecz ostatnio przestały mi smakować. Zimową porą sięgam coraz częściej po rustykalne.

Wyszedłem z piekani. Spostrzegłem, że po drugiej stronie ulicy, przed wejściem do Żabki nie było już palety. Został tylko ślad na chodniku. Suchy fragment otoczony wilgocią wieczornego deszczu.

Byliśmy umówieni na lodowisko w Parku Jordana. Mieliśmy pójść razem, około 18. Dwie parki. Ja z Gabi, Fred i Dżo. Spotkaliśmy się pod wejściem. Po długim zamieszaniu przy kasie kto-co-ile-jak płaci, poszliśmy się przebierać. Trzy pary łyżew wypożyczonych, ale ja miałem Bauery kupione 9 lat temu w Czeskim Cieszynie. Mama mówiła, że „niepotrzebne Ci są łyżwy za 300 zł”, oraz że „pojeździsz i zapomnisz o nich” – mówiła. Jednak do tego nie doszło i już za rok będzie dekada. One nadal pasują jak ulał.

Pojeździliśmy w tym gąszczu. Dużo ludzi, bo tuż przed świętami. Jeździłem slalomem, robiłem piruety. Z tych rzeczy nic się nie zapomina. Nawet przypomniałem sobie hamowanie bokiem. Bokiem! Byłem z siebie dumny i co chwilę udowadniałem wszystkim jak to jest imponujące. Zahamować bokiem. Raz się wywróciłem, ale szybko się podniosłem.

Po półtorej godziny zebraliśmy się do wyjścia. Oddaliśmy łyżwy. Fred kupił czekoladę w automacie, zainspirował mnie. Też kupiłem. Poszliśmy w czwórkę na Czarnowiejską. Rozwmawialiśmy z Fryderykiem o naszym wyjeździe z przyjaciółmi do Hiszpanii. Dałem się namówić. Nagle przyjechał autobus, a Fryderyk i Dżo rzucili się biegiem na przystanek. Zdążyli. My z Gabi poszliśmy na piechotę w stronę Placu Inwalidów.

Dotarliśmy na ul. Lea. Bolały nas nogi. Popatrzylismy w lewo i przyciągnął nas ten zielony neon. Oświetlał to miejsce, gdzie rano rozpakowano produkty. Wciągnął nas w swoje sidła. Była 20:43. Weszliśmy przez wrota i natychmiastowo zadałem sobie pytanie – „Po co tu właściwie weszliśmy?”.

Może nam zmroziło tyłki i komfort tej ciasnej Żabki wessał nas w otchłań promocji? Czy to właśnie one są tutaj kluczem? Lub te światła wewnątrz? Zatrzymałem się w wejściu i prychnąłem na myśl tych konkretnych pytań, Gabi rozśmieszyła ta kwestia. Poszła do przodu.

– Gabi: ZUPKI MAJĄ! – Gabi rzuciła.

– Janek: Weźmy rosołek, albo nie. Grzyboooooowaaaa!

– G: A może zupkę tajską?

– J: Możemy, ale zobacz ile ich jest. Zaraz święta, a tutaj 7 tych zupek tajskich. Powinny być przecenione do 2.50, przecież nikt ich nie kupi i się przeterminują,. Ahhh. Dobra weźmy 2 tajskie, bo wtedy 6,20 za jedną przy zakupie 2.

– G: Może weźmy ser?

– J: Nieee. Trzeba zjeść to co jest.

– G: A czekoladę?

– J: Też nie trzeba. Mamy dużo słodkiego, ale weźmy te parówki bo są za 3,50 zł na Żabkobraniu.

[ŻABKOBRANIE  << akcja promocyjna – ”Jeśli zrobisz zakupy za min. 10 zł, to jeden z wybranych produktów, spośród 4 możliwych, z reguły z działu wędlin i nabiału, kosztuje 2,50 lub 3,50 zł”>>]

Chwyciłem jeszcze po drodze po czteropak Żywca 0.0%, bo miałem ochotę tego wieczoru napić się piwa. Przy zakupie czteropaku, jedno piwo kosztowało równe 4 złote (3.99 zł), więc wychodziło łacznie 16 złotych. Wziałem więc jeden komplet i poszliśmy do kasy samoobsługowej. Zeskanowaliśmy: 2 zupki tajskie za 12,40, parówki na Żabkobraniu za 3,50, i ten czteropak.

Nagle, uśmiechnięty kasjer niskiego wzrostu o czarnych włosach i z kolczykiem w nosie, wspomniał o punktach z aplikacji Żabki, zaznaczając, że po nowym roku resetuje się uzbierana suma. Może coś się uda za nie kupić – pomyślałem. Podziękowałem mu i zacząłem logować się na aplikację. Zobaczyłem, że mam 4.5 tysiąca Żabsów.

[ŻAPPSY << punkty lojalnościowe, które klienci mogą zbierać podczas zakupów w sklepach Żabka. Punkty te można później wymienić na różnorodne nagrody, zniżki lub specjalne oferty dostępne wyłącznie dla uczestników programu. >>]

Patrzyłem przez 5 minut na aplikację i widziałem dużo ofert. Pomyślałem, że skoro zupy już podlegają promocji, korzystamy z Żabkobrania, aby kupić parówki, to może uda nam się kupić te Żywce za frajer. Spojrzałem w tamtym momencie na ofertę napoi bezalkoholowych. JEST! Żywiec 0.0% za 1000 punktów za jedną puszkę. Akurat starczało na czteropak. Przetransferowałem więc 4000 punktów i aktywowałem.

Coś jednak nie działało, bo z naliczonych 4 żywców, tylko 2 były gratis. Anulowałem zakupy i postanowiłem zeskanować jeszcze raz. Powiedziałem rubasznie – Jak mówiła babciam: ZRESETUJMY KOMPUTER! – Lecz żadnej zmiany.

Zapytałem czarnowłosego, niskiego kasjera o pomoc. Co on sądzi na ten temat? Rzucił, że nie ma zielonego pojęcia, że bardzo chciałby mi pomóc. Zasugerował, wzruszając rękami, że może to być kwestia tego, że jest to napój z kategorii „alkoholowych”, mimo tego, że jest „bezalkoholowy”.

Wszedłem więc w aplikację i faktycznie, chłopak miał rację. Przy bezpłatnym zakupie produktów z kategorii „alkoholowych” z aplikacji – za Żappsy, limit to 2 produkty dziennie. Mówię kasjerowi:

Janek: – Stary! Miałeś rację. Jesteś królem tego sklepu.

Euzebiusz: – Widzisz! Wprawa zawodowca! – odpowiada.

Wszystko ma sens. Trzeba obniżać tendencje alkoholizacji w społeczeństwie. Szczególnie w kwestiach ryzykownych etycznie, promocji napojów alkoholizujących. Ciekawie, że Żywiec 0.0% wylądawał w tym przedziale, mimo braku prądu. Lecz do zasady. Nie za dużo z kategorii „PIWO”. Postanowiłem wziąć w takim razie dwa i najwyżej w dniu sylwestra wezmę kolejne, żeby zealizować kod.

Odnoszę czteropak i odkładam go na tył. Na samym przedzie leżał otwarty czteropak, z którego wyciągnięto jedno piwo. Wziąłem dwa, zostawiając jedno piwo w plastiku. Chłopak krzyczy:

Euzebiusz: – Ale śmiecia odnieś –

Powiedziałem mu na spokojnie:

Janek: – Stary ale tu jest jedna puszka jeszcze. Ale dobra wezmę ze sobą.

Poszedłem w stronę kasy samoobsługowej z dwoma puszkami pod pachą i plastikiem-śmieciem do trzymania czteropaku piwa. Powiedziałem kasjerowi ponownie, że ciekawie to rozkminił, że mi zaimponował i zainspirował. Ciekawa wynikła z tego historia. Czułem od niego podobne poczucie humoru. Nagle wpadłem na pomysł, żeby podpisał mi się na tym plastiku po piwie. Żeby dał mi autograf.

Janek: – Weź mi się podpisz, daj autograf na tym plastikowym „trzymaczu”.

Euzebiusz: – Jasne! Hahaha! – chwytając po czarny mazak ze słynnej Szafki Akcesoriów Pracowników Żabki – Jak na imię?

Janek: – Euzebiusz – powiedziałem – i proszę o dopiskę „+ dla Mamy”.

E: – Który mamy dzisiaj? – zapytał.

J: – 22 grudnia, godzina 20:57.

E: – Proszę bardzo – powiedział i oddał plastik.

J:- Dzięki! Wesołych Świąt!

E:- Nawzajem!

2 – Balicka 41a, 30-149 Kraków / 31.12.2024

Jechaliśmy na sylwestra do Wielkiej Wsi. Ja, Gabi i Julka. Złamałem prawo, łamiąc linię ciągłą, skracając swoją trasę, aby zaparkować tuż pod Żabką. Gabi została w samochodzie, a my pobiegliśmy z Julką do środka. Ona kupiła wino, a ja dwa Żywce Zero – 4 godziny przed wyzerowaniem stanu konta.

3 – ul. Juliusza Lea 12B lok. LU1, 30-048 Kraków / 1.01.2025

Następnego dnia po imprezie sylwestrowej wstaliśmy o 14:12. Postanowiliśmy z Gabi wyjść do parku, na popołudniową kawę. Znaleźliśmy w biblioteczce miejskiej Parku Krakowskiego parę ciekawych książek. Dużo słowników, poradniki anglojęzyczne do pisania powieści, książki historyczne. Pewnie jakiś humanista, osoba zajmująca się zawodowo pisaniem, wyrzucała po nowym roku te niepotrzebne. Wietrzyła swoją bibliotekę. Pewne z nich wziąłem ze sobą – te najciekawsze.

Wypiliśmy kawę w parku na ławeczce, a następnie postanowiliśmy, że pójdziemy do Żabki za rogiem. Potrzebowaliśmy artykułów spożywczych na nasz śniadanio-obiad.

Weszliśmy do środka. Od razu zacząłem z ogromnym skupieniem obserwować czerwone i żółte cenniki. Te oznaczające promocje. Oznajmiłem do Gabi, że zaczynam powoli zamieniać się w swoją mamę. Kupuję to, co wychodzi ekonomicznie. Nawet dla żartu zacząłem udawać niedowidzącą babcię, co zbliża się do każdego produktu na odległość 2 centymetrów. Po nowym roku tych promocji było dużo – szczególnie w sekcji kanapek i gotowych obiadów. Wzięliśmy wtedy 2 zapakowane obiadowy (filet z kurczaka, puree marchewkowo-ziemniaczane, buraczki) + 2 rosoły + 2 paczki pierogów kresowych. Wszystko było przecenione o około 30%, więc cenowo nie wyglądało to źle.

Zanim podszedłem do kasy, zobaczyłem duży napis przy bananach, że kosztują  2,50 za kg, Zszokowany ceną, przypatrzyłem się bliżej i spostrzegłem, że małym druczkiem napisane jest. Oferta obowiązuje od 2.01 do 3.01.

Janek: – Ale dzisiaj jest pierwszego stycznia, ta promocja prawie mnie nabrała – wyraziłem się głośno – jak specjalna pułapka zasadzana na tych skacowanych po sylwestrze. Dobrze, że jestem abstynentem!

Wiktor: – Ci płacą mniej – odpowiedział z uśmiechem sprzedawca z Żabki, wychylając się zza lady – niech Pan przyjdzie jutro, będą po 2.50.

Był to blondyn, którego kojarzyłem z ostanich wizyt. Pamiętam, że sprzedawał mi Żywce Zero jeszcze w wakacje. Pewnie pracuje tam już dłuższy czas. Jest weteranem tego przybytku. Mam nawet taką jedną śmieszną scenę przed oczami z owym blondynem, sprzed kilku miesięcy. Oczekując w kolejce do kasy, przysłuchałem się rozmowy Blondasa z ziomkiem, który wydawał się jego kompletnym, na pierwszy rzut oka, charakterologicznym przeciwieństem. Oczywiście pozory mylą, ale komicznie było obserwować stereotypowego pijaka z budowy opisującego trudy kładzenia papy i zakładania szałunku do 19 letniego chłopaka, który ma wygląd i manieryzm typowego femboya. Pierwszy pytał: „rozumiesz mnie?”, na co drugi za każdym razem odpowiadał przekonująco „całkowicie”.

Wracając jednak do naszych przecenionych bananów: nie wziałem ich, w związku z tym ostatnia okazja na przecenę legła w gruzach. Jednak i tak czułem się spełniony. Podeszliśmy z Gabi do kasy i oznajmiłem:

Janek: – Bardzo lubię waszą Żabkę. Cieszę się, że po nowym roku widzę ponownie te piękne twarze. Lubię was w wszystkich, a szczególnie Euzebiusza.

Wiktor: – Euzebiusza? – zdziwiony podniósł wzrok Blondas

Luiza: – Nie pracuje tutaj nikt o takim imieniu – zwróciła się do mnie Blondynka, pracownica Żabki, która akurat czyściła ekspres do kawy

Janek: – Ja wiem, możecie nie znać go pod tym imieniem. Euzebiusz to wasz kolega po fachu. Taki uśmiechnięty chłopak niskiego wzrostu o czarnych włosach i z kolczykiem w nosie. Kojarzycie? – oznajmiłem.

Wiktor i Luiza: – Aaa! Hahaha – oboje sobie zdali sprawę o kim mowa – mówicie o Matim. No jasne, że go znamy. Nawet nam o was mówi i o autografie na plastiku.

J: – Dla nas jest legendą – odpowiedziałem – „Legenda o Euzebiuszu” – zaczarowałem ręką w powietrzu, spostrzegłem w horyzont, rysując swe marzenie – Może kiedyś wydam książkę na jego temat – po czym zbliżyłem kartę i zapłaciłem za zakupy.

W: – Potwierdzenie? – zapytał Blondas.

J: – Nie dziękuję nie trzeba. Łowca Promocji Żabkowych nie potrzebuje ich. – rzekłem.

L: – To twoja ksywa? – zapytała Blondynka.

J: – Tak dokładnie. Teraz przepraszam was, ale Łowca Promocji Żabkowych wychodzi. Do widzenia!

4 – Rynek 4, 41-902 Bytom / 10.01.2025

Weszliśmy tam. Weszliśmy do Żabki na rynku w Bytomiu. Był śnieżny dzień. Z wolna padał śnieg. Byliśmy razem. Przyjechaliśmy przed chwilą tramwajem z Katowic. Spotkaliśmy się pod MCK, gdzie odbywały się Targi Gołębi i pojechaliśmy na Plac Sikorskiego. Ten plac w Bytomiu przy Operze. Teraz stoimy w Żabce. W oszklonej Żabce, którą widać było z daleka. Jak ta zieleń neonów rozdchodziłą się po całym rynku. Staliśmy w Żabce, przy stoliku dla kawoszy. Powiedziałem Gabi, że zanim przejdziemy do zakupów, to chcę jej przeczytać napisany przeze mnie Sonet. Sonet, który napisałem dla niej dzień wcześniej, tuż przed zaśnięciem. Wyciągnąłem niebieski notes z kurtki.

Przeczytałem go, a ona mnie uścisnęła. Ucałowała mnie kilka razy. Było to słodkie. Poszliśmy więc do sekcji gotowych obiadów. Byliśmy głodni. Była godzina 17:00, a Gabi miała jeszcze ostatnie próby w tym tygodniu o 19:00. Chcieliśmy zjeść coś na wzór obiadu. Wzięliśmy więc na na dwa rachunki, żeby naliczały się promocje: dwa gotowe obiady (marchewka z groszkiem, kotlet mielony i ziemniaki puree), polędwica sopocka na Żabkobraniu, oliwki na zniżce za 5,85, oraz dwie ostre zupki tajskie.

Starsza czarnowłosa kasjerka, z charakterystycznym pieprzykiem przy ustach kasowała, gdy ja, jak to mam w zwyczaju, zagaiłem rozmowę:

– Proszę Pani. Rozmiar tej Żabki jest naprawdę imponujący! – rzuciłem w stronę kasjerki.

– To największa Żabka na Śląsku proszę Pana. – podniosła palec wskazujący do góry i powiedziała dalej – kiedyś to był sklep meblarski i jak Pan zobaczy tam, za ścianą był magazyn. W miejscu w którym aktualnie jest Żabka, była wystawka mebli.

– Niezwykle ciekawe i bardzo inspirujące. Nakęćmy film dokumentalny o tym miejscu – odrzekłem – Może nas Żabka zasponsoruje? Co Pani na to?

– Zapraszam!

– Będzie Pani przez weekend?

– Będę jutro. W niedzielę już koleżanka na zmianie.

– OK. To się pewnie jeszcze zobaczymy. Do widzenia!

5 – ul. ks. Stolarczyka 12/lok. 1, 34-500 Zakopane / 1.02.2025

Transkrypcja nagrania. Powrót z Żabki do Kasprusie 50a w Zakopanym.  „Ekhem. Właśnie wyszliśmy z Żabki. Cały dzień spędziliśmy w obolałym nastroju. Ja byłem w obolałym nastroju, bo miałem srando razy 9. #Brando z ulicy Rycerskiej w Bytomiu – może jeszcze cię kiedyś zobacze. W każdym razie w czwartym rozdziale Opowieści z Żabki, teleportacja do Zakopanego. Zakopane. Żabka, którą można sobie wygoogleować łatwo, niedaleko Krupówek. Niedaleko naszej willi Kasprusie 50a. W każdym razie poszliśmy do Żabki, przed jej wejściem stał potężny Bulldog, z włascicielem, który był lekko przerażający. Wchodzimy i ja mówię tak: – No, co sobie weźmiemy? Gabiiii! Mogę jakąś bułeczke? – No weź se bułeczke. – Mogę jakąś bułecke? – No weź se bułecke.

Wziąłem dwie bułeczki fitness. Następnie idę za róg i biorę 2 Żywce. Żywce Zdrój. Dwie wody 1.5 litra.

[półtora litra? – Tak!]

Takie normalne. Żywiec Zdrój niegazowana. Dwa razy, więc promocja za dwa, za dwa ileś. Kurde. Zapomniałem paragonu, więc będę musiał pozmyślać troche te nazwy. Znaczy nie nazwy, tylko cennik.

Zapłaciłem za wszystko 18 złotych, więc zapisz sobie to zaraz. Na boku, a potem podlicz w innej Żabce, jak będziesz robił jeszcze research. No i jeszcze z Gabi wybraliśmy herbatę czarną, bo jako że miałem srandę, no to nie mogę tutaj niczego innego, więc była zagwostka jaką dokładnie. Padło na Earl Grey Lipton, takie ładne czarne opakowanie, z kwiatem wiśni. Taki japoński, ale też brytyjski klimat, bardzo ciekawe. Więc tego się napiję zaraz.

No i kasujemy wszystko. 2 bułeczki. Znaczy tak. Pierwsze gościu mówi: Do mnie! Do mnie!

No i kasuje ten Lipton czarny, Żywce. Ma słuchawkę, pewnie słucha jakiejś tam muzy, tudzież podcastu. No i mówię:

– Dwie bułeczki! No chyba to są Fitness. – a on mówi:

– Takie tam prawda grahamki, ale takie ciemniejsze trochę?

– No ja! Tak.

Po chwili mówię:

– A może se jeszcze zeskanuje aplikację Żabki?

On się podśmiechuję i chichra. Powiedziałem tonem jakbym był pijany, a potem mówię:

– Zaplatim kartou.

A teraz zaczyna się anegdota o pijanym czeskim. Zaczyna się długa anegtoda – a w ogóle Trzyniec, w ogóle Czechy są zajebiste. On mówi:

– Nie byłem.

A ja mówię:

– Stary musisz wpaść. Jest hokej. W Trzyńcu mistrzowie hokeja, pierwsze miejsce w lidze. Światowy poziom. Wysoki poziom naprawdę intensywny sport. Śpiewają świetne piosenki:

Třinec železárny

Třinec Moravíja

eště raz to zrobiš

a stará tě vylíska

Ó du a lájne

fázole su fájne

ó du a lájne

a Třinec je náš

Zaśpiewałem to. Gabi – she doesn’t know what the f*** is going on. Dodatkowo w pewnym momencie, spoglądając z pobłażaniem, wychodząc. Ja mówię, dobra stary, wpadaj do tego Trzyńca. A on mówi: nooo, bo moja ciotka ma córkę, która jest wicemistrzynią w Holandii, w hokeju na trawie. Ja mówię: Co? Zajebiście. Gabi mówi: Co? Zajebiście.

Gościu miał do zamknięcia z 40 minut, więc pewnie czyścił tą podgrzewarkę do Hot Dogów. Był już w nastroju, że zaraz kończy pracę, ma wywalone, dostanie jedzenie z Żabki, idzie do domku, czilluje se bombę. Zagra sobie w LoLa dwie partie, pójdzie spać. Taki miał klimat, choć powiedział, że bardziej woli piłkę od hokeja. Wychodzimy z Gabi, a ona mówi:

– Jestem aktualnie na skraju bełta… (czekaj jak to powiedziałaś)

– Jestem na granicy bełta, poszczania się w gacie i zesrania na raz.

Tak i na tym konkludujemy Opowieści z Żabki. Epizod nr. 5

Dodaj komentarz