O Halnym”

Wiatr Halnego wieje chłodno. Nie jest przyjemny, lecz dla niektórych nostalgiczny. Opowiadania w Halnym są o postaciach związanych z krakowską Nową Hutą, a także z nowohuciańską mentalnością odizolowaną od krakowskiego zgiełku. 

Igor Jarek kreśli nam na kanwie 6 opowiadań wyrywki z życia nowohuciańskiego gatunku ludzkiego. Nowohucian. Wylęgarnia we północno-wschodniej części Krakowa rodzi specyficznych ludzi. Niech was te słowa nie ustosunkują negatywnie, gdyż sam autor nie szczędzi w słowach. Stosuje niewybredny język, pospolity wśród przedstawicieli gatunku. Podczas naszej jesiennej przygody nie szczędzimy na kur****, chu**** i gnoju. Jeśli mam być z Wami szczery, osobiście doświadczałem spory niedobór tego jakże trafnego środka stylistycznego. Dlaczego zapytacie? Otóż podczas przesłuchiwania książki na Empik GO, czułem ogromną ubaw, słysząc satysfakcję lektora książki, wymawiającego każde z przekleństw z ostrym akcentem. Starałem się je początkowo liczyć. Uchwyciłem łącznie 1252 przekleństwa. Niektóre pewnie przegapiłem, ale jakie to ma znaczenie. Znaczenie miał wyrzucany ogrom frustracji. 

Analiza opowiadań? Nie pamiętam ich zbyt dobrze. Przesłuchiwałem książkę w krakowskich tramwajach. Okazjonalnie w Intercity, Kolejach Śląskich i PolRegio. Jedyne co zapamiętałem, to że 1) wszystkie opowiadania były ciekawe, choć najmniej zainteresowało mnie opowiadanie „Królowa”, a najbardziej tytułowy „Halny”, czyli ostatnie z opowiadań i 2) urzekła autentyczność przekazu. 

Pewne osoby mogą zarzucić autorowi brak autentyczności przekazu, jak Jarosław Czechowicz w swej recenzji: “”Na pewno nowohucka lokalność, która ma w jakimś stopniu nieść tę książkę medialnie, nie jest tu w zasadzie żadną lokalnością, bo opowiedziane historie mogłyby się równie dobrze rozgrywać na warszawskiej starej Pradze, katowickich Szopienicach czy gdańskiej Oruni lub olsztyńskim Zatorzu.”, ale według mnie, właśnie w tym spisanym przez Jarka, świadomym przekazie, tkwi sedno. Język prymitywny z jakim mamy do czynienia w opowiadaniu, niczym się nie różni od siebie. Nie dzielimy go stylistycznie. On jest najzwyczajniej w świecie prymitywny do cna i dokładnie taki sam w każdym przypadku, niezależnie od osoby i umiejscowienia na mapie Polski. Czy to diler, czy Sandra, czy Królowa, czy Torreador. Każdy mówi prosto i rzuca mięsem. Oczywiście, jeśli umiejscowimy akcję w Polsce, a nie w jej wycinku, którym w opowiadaniach była Nowa Huta, to mogą się zdarzyć regionalizmy, np. śląski “hasiok”, czy kaszubska “rozpustnica”. W opowiadaniu postacie mówią tak samo, bo wywodzą się z jednej (żart.) wylęgarni, z osiedla, gdzie niezależnie od miasta, panują te same zasady. Intuicja mi podpowiada, że Nowa Huta, w kwestii języka, który autor przytacza, niewiele się różni od języka Ursynowa, czy Osiedla Tysiąclecia.  

Agresywność przekazu jest ściśle wpasowana w fabułę książki. Momentami przerażająca, jak w momencie sceny z samochodu. Bohater jednego z opowiadań siedzi w fotelu pasażera i widzi scenę przemocy. Mężczyzna biję kobietę. Scena, która mną wzdrygnęła, bo prześwietliła nadal istniejący problem. Przemocy doraźnej, z którą większość recenzentów tej książki nie chciało się uporać, albo nie przyszło im do głowy, by spojrzeć na tę książę jako krytykę ludu, a nie fascynację jej ciemną stroną. Autor ukazuje nam kilka klatek filmowych, w których ciemna strefa naszej pięknej krakowskiej świadomości jest zaburzona. Widzimy rzeczywistość, gdzie przemoc, narkotyki i zło dominują – i taki świat niestety istnieje. Za każdym razem, gdy na sygnale, w Krakowie, pędzi samochód policyjny, możemy sobie wyobrazić, że jedzie na interwencję. Interwencję zgłoszoną. Ile jest interwencji niezgłoszonych? Być może na to chcę nas uwrażliwić autor. 

W krytycznej analizie książki zwraca się w większości uwagę na literackość (jak w recenzji Jarosława Czechowicza: “Zachwyt nad tym zabiegiem nasuwa mi myśl, że gdyby autor nieco bardziej skomplikował swoją frazę, mógłby być nazwany polskim George’em Saundersem”), na język potoczny (ponownie, u Jarosława Czechowicza: “mogłaby zabłyszczeć jako ciekawa polifonia. Niestety, wszyscy bohaterowie mówią tak samo i podobnie myślą”), mnogość przekleństw, ale każdy wyciągnie z lektury, co mu w głowie zapiszczy. Paulina Małochleb w Krytyce Politycznej, napisała: „Wydaje się, że Jarek puszcza do czytelnika oko. Jest to mruganie ostentacyjne, teatralne. Bo książka wcale nie jest taka prosta, jak by się mogło wydawać.” i mi osobiście ciężko się z tym nie zgodzić. Przesłuchałem książkę z uwagą i nie ukrywam, że 5,5h sprawiło mi przyjemność, ale też wyrwało z bańki, w jakiej czuję się komfortowo. Bańki centrum Krakowa, inteligencji i kawiarń przy rynku. Miło, lecz nierealnie. Każde wyrwanie z bańki jest słuszne i potrzebne, aby osoby świadome problemów i głodne rozwiązań mogły pomyśleć, a następnie zastanowić się nad konkretnym rozwiązaniem. Wiele spraw społecznych w Polsce zmieniło swój bieg od lat 90-tych. Wyglądamy na społeczeństwo zdrowsze i tak w rzeczywiście jest, lecz przemoc rodzi przemoc i dopóki nie sięgniemy do korzeni, nie zlikwidujemy sedna problemu.  

Dodaj komentarz