Gdy promyki słońca zbudziły me oczy rzuciłem się po łyżkę. Pierwszą rzeczą przed podróżą jest kawa. Zalewajka u Tomka. W starej zielonej puszce. Wszyscy spali, a ja nie chciałem przeszkadzać. Spali, a ja stałem przy gotującym się czajniku. Nachylałem się a woda zaczęła szumieć. Czajnik trzeszczeć. Ta słynna poranna symfonia, którą każdy kojarzy.
Myśli me kotłowały się obok pierwszego podejścia. Pierwszego podejścia na Małą Czantorię. Niby nic, ale zawsze coś. Krok w przód. Krok pod górę, czerwonym szlakiem. Szlakiem przepłukiwanym kawą i zagryzanym chlebem. Na każdym kroku, poczynając od teraz.
Kręcę kółka w kuchni, krok po kroku. W kuchni początków. Kuchnia ta to kuchnia początków. Myślę tak, gdy nasypana przeze mnie kawa suszy się na dnie kubka. O ciekawym azteckim wzorze. Zmielone ziarno nie może doczekać się wrzątku. Czeka i czeka. Ja też czekam i chłonę tę chwilę.
Patrzę za okno, a tam przebudzenie. Wolne przebudzenie. Pierwsze promyki zbudziły mnie. Doceniam tę chwile. Szczególnie gdy jest przejrzyste niebo. Gdy wstaje nad rankiem, a poranna rosa na wczesnej trawie, subtelnie oświetlana, rozpoczyna proces ewaporacji. Odrywam się od okna i przechodzę do przedpokoju. Po lewej stronie wyjścia z kuchni jest wyjście na balkon. Nie jest jeszcze najcieplej, ale zaryzykuje, żeby wziąć wdech. Gdy lekko rozszczelniłem okno od razu usłyszałem tę symfonię. Ptasią symfonie. Podchodzę do poręczy. Chwytam ją dłońmi. Rozglądam się. To dom w środku lasu. Jestem w domu pośrodku lasu. Nie wiedziałem tego, jak przyjechałem tu wczoraj w nocy na tylnym siedzeniu, rozmawiając z kierowcą. Było ciemno, a ja po prostu przeszedłem przez próg. Odłożyłem plecak i wypiliśmy razem herbatę. Później zasnąłem.
Teraz biorę ten głęboki wdech, pełen entuzjazmu na to, co nadejdzie. Nie stoję na tym balkonie długo, ale czuję się powitany. Powitany przez nowe miejsce, nowy obszar, nowe góry. Wiem, że przede mną długa droga, ale najpierw kawa.
Szybko wracam wewnątrz do kuchni, aby sprawdzić, czy czajnik już nie piszczy. Nie piszczy. Na szczęście. Bałbym się, że zbudziłby domowników. Gotuję na małym palniku, więc trochę to potrwa. Mam w końcu, prócz azteckiego kubka, cały termos do zalania. Całkiem sprawny termos, utrzymujący ciepło nawet do 2 dni. Pewnie szwajcarski wynalazek.
Czekając, postanowiłem, że zrobię sobie prowiant na drogę, skoro mam jeszcze zakupy z wczoraj. Domownicy powiedzieli, że mogę się częstować, więc dlaczego by nie skorzystać z ich sera. W końcu wczoraj w nocy zachęcali, że jak wstanę, to mam się częstować. Wyciągam z plecaka 2 kajzerki z makiem, smaruje masłem, a następnie nakładam na nie plastry sera szwarcajrskiego. Takie proste bułeczki wkładam do torby po kajzerkach. Papierowej torby z piekarni, tej z okienkiem.
Słyszę zwiastun świstu. Szybko dobywam korka i wyłączam gaz. Woda się uspokaja. Chwytam czajnik i zalewam. Zalewam kawę tu i tam. Wrzątkiem. Przelewam ciecz, a w nagrodę dostaje wybijający się aromat. Gdybym był na miejscu śpiących domowników, dawno bym zerwał się z łoża. Gdy byłem mały, instynktownie czułem aromat, gdy moja mama gotowała kawę. Biegłem do niej jak dziki.
Kubek aztecki przenoszę na stół a termos wkładam do plecaka. Plecak oparty jest o krzesło. Ja na nim siadam. Siadam na krześle i delektuje się smakiem kawy. Ten aztecki wątek gdzieś tam mi się kotłuje w głowie, ale nie mam pomysłu jak to połączyć. Myślę intensywnie, ale pozwalam tej myśli zniknąć równie szybko. Aztecki? To chyba gdzieś w Ameryce południowej lub środkowej. Siedzę tak, 5 – 6 minut i wpatruje się w przestrzeń. Przestrzeń spokoju. Nic tu nam nie grozi. Mi i azteckiemu kubkowi.
Dopijam kawę i myję kubek. Przebierać się nie trzeba, mam mało rzeczy. Mój plecak waży łącznie 8 kg. Jest on sprytnie zapakowany, bo wyprawa długa. Wyprawa GSB. Wybieram się teraz, poza sezonem, bo w trakcie sezonu nie otrzymałbym wielu samotnych chwil. A tego mi trzeba.
Pakuję manatki i schodzę na dół. Zakładam moje górskie buty. Przeglądam się w lustrze i mówię po cichu ‘gotowy’. Wszyscy spali, ale tak jak powiedziałem – zniknę z rana, bo muszę wyjść jak najwcześniej. Chwyciłem za klamkę, rozszczelniłem drzwi wyjściowe i pochłonął mnie przedsmak podróży.
…
Mam to. Wszystko rozbite i gotowe, aby skorzystać ze snu. Teraz słońce zachodzi. Dzień w klamrze. Ktokolwiek będzie to czytał, musicie sobie to wyobrazić. Od momentu wyjścia przez drzwi przez 9 godzin i 47 minut szedłem w ciszy. Przez 3 wioski, aż w końcu znalazłem się w mieście. W mieście, gdzie rozpoczynał się ten szlak. Szlak, który planowałem pokonać już od dłuższego czasu.
Stamtąd wszedłem na pierwszy szczyt. Tutaj się rozbiłem. Zrobiłem łącznie 22 km. W prawie 10 godzin, to całkiem dobry wynik. Iść bez przerwy to zrobić ten sam dystans w 2 godziny krócej, ale siedziałem w 2 miejscach. W miejscach, gdzie robi się przerwę na kawę z termosu i bułeczki z serem. Pierwsze, po 5 km, pod jednym zamkiem. Renesansowym zamkiem. Następnie, po 10 km, na punkcie widokowym z widokiem na to miasto.
Teraz przejrzyste niebo świeci nade mną. Jestem na szczycie. Na wzniesieniu 864 m. Na dzisiaj wystarczy tego spacerowania. Godzina się zniża, dotyka mi czoła. Na palniku w menażce gotuje się woda. Wszędzie wokół igliwie i wystające korzenie. Korzenie sosen.
Krótki dystans w prawo, w prawo od mego namiotu i palącego się palnika był punkt widokowy. Gdy zrobiło się ciemno, przysiadłem tam. Przysiadłem na igliwiu i zacząłem patrzeć w niebo. Dumałem do gwiazd. Napisałem wiersz. Taki mam Plan – napisać jeden wiersz dziennie. Jeden wiersz dziennie na tym szlaku.
_
27.08.2000
tej nocy,
jak o dziecku bawiącym się w transformatorze,
myślałem o tych, którzy mieszkają w gwiazdach,
a rzeczy w gwiazdach są martwe, nieustające


Dodaj komentarz