Wiedza Poufna S. Becketta

W trzynastu „Tekstach po Nic” Becketta, pochowanych wraz z nim na cmentarzu Montparnasse, dowiadujemy się w jaki sposób pojmować podstawowy materiał egzystencjalny, skaczący krokiem kankana.

  1. Młodość (Patrzą na mnie z góry. Matczyny reumatyzm. Byłem swoim ojcem.)
  2. Limbo (Odchodzenie. Głowa jest szmacianą lalką. Neologizm. Śmietnik z kości słoniowej. Czekać na spokojną agnonię.)
  3. Ruch i Proces (Ciało. 8 dni wiosny. Pustynia Gobi. Nawet pamięć zgasła. Wielki płomień, a potem ciemność. Wielki spazm, a potem ulga. Pustka, nie ma donikąd iść.)
  4. Forma i Boskość (…)
  5. Inspiracja pismem (Synod, śmierć, pisarstwo. Mógłbym wstać, przejść się, umarłbym z radości, ja tego nie zrobię. Trzymam pióro, noc przyniesie wytchnienie. Spisuję protokół. Zmęczeni bólem, zmęczeni piórem.)
  6. Więzienie (Oko pracuje, a cisza, westchnieniem, jak ze smutku znużonego krzykiem, albo nagle postarzałego, starego już, co wzdycha nad sobą, nad pięknymi dniami, długimi dniami kiedy krzyczał, że jest niezniszczlany. Jako umarły nie wygram więcej niż jako umierający. Mały pyłek w małym gniazdku. W łazience z widokiem na morze i morskie latarnie.)
  7. Okazje i okoliczności (Mówiły drzewa, piachy, powietrze na szczytach. Mówię o rozkoszy, zamiast skorzystać z okazji, ona nie wróci tak szybko, jeśli mam dobrą pamięć, lecz ona wróci, to moja pociecha, chwilowa fantazja. Ostatni pociąg odjeżdżał o dwudziestej trzeciej trzydzieści, później zamykano dworzec, na całą noc. Zastanawiam się, kiedy wraca pora zastananwiania. Śniłem chyba o niebie, wysiadłem w niebie, albo o świcie, czekając na świt, i radość, że mogę sobie powiedzieć, Mam cały dzień, żeby się pomylić. Pociąg nie przyjedzie, i nie odjedzie nigdy, w stronę natury. Nie trzeba się śpieszyć z konkluzją, za duże ryzyko błędu. To wszysto, na dziś wieczór, że noc przyjdzie i że pora, bym się w nią zanurzył.)
  8. Milczenie (Wszystko bez zastanowienia. Ale mówię ciszej, z każdym rokiem trochę ciszej. Dopiero koniec nadaje znaczenie słowom. Kamień obiecany piaskowi, pod niebem, które się zmienia. Mówię byle co, w nadziei, że używam głosu, że używam głowy. Ale to się skończy, przyjdzie jakaś gramatyczna końcówka. Dowiem się czy jest jakaś cisza, Wracając z każdym dniem coraz bardziej oczyszczony, coraz bardziej umarły. Wszystko jest niezrozumiałe, przestrzeń i sumienie. Punktualnie umieram wysoko gdzieś chyba w Europie. Dysząc aż do wielkiego bezdechu, wlaściwego stanu skupienia. Są cztery miliony możliwości według Arystotelesa, który wiedział wszystko. Buława podąża naprzód, żelaznym końcem bije w szlachetne podziemia. Bez chóralnego wstępu, ani innego ustępstwa na rzecz miłości własnej.)
  9. Przejście (Nie mogę o niczym wiedzieć przed czasem, ani po czasie, ani w czasie, przszłość to powie. Trzeba wierzyć, czyli trzeba powiedzieć.  Jaka jest rónżnororność i jednoczenie jaka monotonia. Cel podróży to grób. Najpierw korytarzami, później w śmiertelnym przeciągu, przez dni i noce. Dziś wieczór to tutaj, już umarłem i będę się rodzić. Inne znaki, niepohamowane drgnięcia i grymasy. Tylko zdążyłem odpocząć, spłacić dług, wobec społeczeństwa, a powtórzyłem znów stary błąd. Długa noc przede mną.)
  10. Opuszczanie (Coś kiedyś było, w jakiejś głowie, w jakimś sercu. Ale to nie jest cisza. Głowa spóźniona w stosunku do reszty. Palcami wskazującymi zamykają mi oczy, a środkowymi palcami dziurki w nosie, a kciukami uszy. Moment zwłoki, który bez nich byłby dla mnie fatalny. Moje deklaracje w takt niekończącego się delirium. Żeby nie powiększać kosztów, albo nowej afektacji, dusz umarłych dzieci. Miejsce dusz nieśmiertelnych, też musi się gdzieś znaleźć. Dobro czeka wśród rodzących się chmur. To dla takich perspektyw chcą żebyście byli cierpliwi. Pójdę spać, żebym mógł powiedzieć sobie, usłyszeć jak sobie mówię. Będę iść dalej, opuszczę, wcześniej niczego nie miałem, wcześniem mnie tam nie było.)
  11. Początki (Gdybym znów zaczął, uważnie, to czasem daje dobre rezultaty. Jestem jeszcze w drodze, przez tak i przez nie. Powiem to, żeby zostało powiedziane, żeby zostało ze mną. To czas który nie może być godziną serenady, chyba że byłby świt. Czas zawsze pożera, ale nie mnie. Jak wyłącznik, jak sekundnik, czy jak fragment morza. Światło latarni przepływa przez morze. Mam głowę, i głos. Głowę, która wierzy w to, która wierzy w tamto. Jaby były dwie głowy, jakby była jakaś głowa, albo pustka. Szkoda, że nie jestem nigdzie jako jądro, ani jako chuj. Pozwalam im mówić, moim słowom, które nie są moje. Jak pierwiastek kwadratowy z minus jeden, po moich studiach humanistycznych. Odstające uszy, oczy w słup, włos rzadki, usta spienione. Oto jestem stary, to się stało szybko. Wołanie, jak nawoływanie mamy, z czołem opartym o ścianę. Czy zbyt wyczerpany, czy obojętnie, czy specjalnie. Stary jak świat, marny jak świat, okrojony ze wszystkich stron. Oto serce, oto mam serce, oto jestem cały. Gdzie przeszedł, ten kogo widziałem, zawsze na ulicy. Czego on chciał, chciał się zatrzymać. Być może się zatrzymał. Nowe nie, które daje się powiedzieć tylko raz. Znów ruszę z nimi w drogę, która nie jest moja. Nie znam nikogo, nikt mnie nie zna.)
  12. Wiara (Tam gdzie byłem, będę, wspomniany, wyobrażony. W świecie innych, długie śmiertelne przebiegi. Czas nowej śmierci, nowego przebudzenia. W głębi tego co poza mamrotaniem pamięci i snu. Zimowa noc, bez księżyca i bez gwiazd, lecz jasna. Żeby wytrzymać jutro, poranek, dzień. Jak gdybym zajął jego miejsce, jak gdybym zabrał jego życie. Broda przy sercu, splątane ramiona, złamane kolana. Głosy są wszędzie, uszy wszędzie. Ciała wszędzie, zgięte, zastygłe. Śliczne trio, i powiedzieć, że to wszystko to jedno. To wszystko ziemia, te dzieła, całkiem żywe jeszcze. Oni wyrażają opinię, jak sam człowiek. Świadek świadczących świadków.)
  13. Mowa (Mówiąc o mnie można mówić o życiu. Kto może najwięcej ten może najmniej. Kto, to nie żaden ktoś. Ona to nazywa ręką, ona chce stworzyć rękę. Jest tylko mowa, co brzęczy i zostawia ślady. Powietrze zostawia je wśród liści, wśród traw, wśród piasków. Zanim znieruchomieje na zawsze, mały spadający pyłek w małej chwilce. Nie ma tu powietrza, nie ma nic żeby powstał pył. Gadać o chwilach, o małych chwilkach, to nic nie powiedzieć. Nie chodzi o gdzie indziej, chodzi o tutaj. Trzeba było stąd wyjść, pójść gdzie indziej. Wyjść stąd, no właśnie, pustka, ani pyłka, ani oddechu. Na próżno się porusza, nic nie stworzy. Wcale bym jej nie współczuł, gdyby mnie stworzyła. Ona potrafiła powiedzieć tak dużo, na próżno. Maleńka nadzieja maleńkiego bytu. Nic nie powinno jej zatrzymać, w jej upadku, czy w jej wzlocie. W jedną kadencję godną całej reszty. Żeby zamilkło milczenie. Ona i ja, ona i ono, ja i ono. Kto się wstydzi, przed każdką milionową niemą częścią sylaby. Na granicy najcichszego pomruku, tyle kłamstw. Wyjące milczenie jest raną zadaną przez tak i nożem przez nie. Nie ma tu serca, nie ma tu głowy, nikt nic nie czuje. Nieprawda że gada, nie może gadać, nie może zamilknąć. Wszystko się kończy, zostaje powiedziane, powiada, mamrocze.)

Dodaj komentarz