Pamiętam ten czas. Miałem 10 lat i wszystko wydawało się banalnie proste. Chodziłem do trzeciej klasy podstawówki.
Wczesny listopad. Godzina 15:40. Czekam, aż mama skończy pracę i odbierze mnie ze szkoły. Za oknem gęsty deszcz. Krople obijają szyby. Na zewnątrz burzowo. Powoli robi się ciemno. Żółte światło pokoju walczy z granatowym mrokiem ulicy. Zachód słońca zacznie się tuż po czwartej. W świetlicy jest ciepło i panuje spokój. Trójka dzieci i nauczycielka plastyki. Jedno dziecko rysuje. Drugie rozmawia z Panią Ewą. Ja oglądam puszczony pod sufitem telewizor. Seans francuskiego serialu animowanego „Był sobie człowiek” – pierwszą odsłonę cyklu, autorstwa Albera Barillé’a. Najbardziej w głowie zapada kultowa już postać Mistrza, posiwiałego mężczyzny przykrytego w całości swoim zarostem. Zaczynam być głodny. Przyjeżdża mama i na krótką chwilę zjeżdżamy do Kauflandu. Pomagam przy zakupach. Ciekawe co zrobimy dobrego na obiad? Oby to były łazanki.
Pamiętam ten czas. Miałem 15 lat i wszystko wydawało się banalnie proste. Chodziłem do drugiej klasy gimnazjum.
Wczesny listopad. Godzina 15:40. Czekam, aż tata skończy pracę i odbierze mnie ze szkoły. Jestem na trzecim piętrze. Skończyły się zajęcia fotograficzne. Za oknem pochmurnie. Nie pada. Jest jasno. W oddali widać ciemne chmury burzowe. Schodzimy z ziomalami na dół do szatni. Zmieniamy obuwie. Po wyjściu ze szkoły idziemy w górę, w stronę rynku. Rozmawiamy o grach komputerowych, o Counter Strike’u, o turniejach e-sportowych, o zadaniach domowych, o jutrzejszym WFie. Widzę samochód ojca, biały Volkswagen Transporter. Wsiadam i jedziemy do domu. Zatrzymujemy się na moment na Kempie – pagórku dzielącym Cieszyn od Puńcowa i obserwujemy niecodzienny widok. Mieszanka wszystkich odcieni szarości i to jedno pęknięcie, ta luka w materiale, przez który wydobywa się pomarańcz zachodzącego słońca.


Dodaj komentarz