W maratońskim tłumie, jak w kapsułce, ulokowano sproszkowany pierwsiastek dobroci. Każdemu przyświeca jakiś cel, każdy biegnie po coś, lub dla kogoś. Na przykład specjalne grupy robocze, z przesłaniem na plecach: „Dla dzieci z Autyzmem – Arek”, „Walczymy z rakiem piersi – Danuta”. Myślimy, biegniemy, działamy. Odczuwamy ból, by ktoś inny nie musiał. Piękne to!
Grono ludzi skandujących. Klaszczących. Gwiżdżących. Wspierających. Mobilizujących. I jeden obraz, który szczególnie zapadł w pamięć. Biegnący ojciec, spostrzega swą 10-letnią córeczkę grającą na perkusji. Zmienia tor biegu, schodzi z trasy i ją przytula. Ja biegnę dalej.
Przygotowania do maratonu były ograniczone. Oczywiście starałem się nie przeciążać tydzień przed wyścigiem. Mówią o tym wszyscy specjaliści. Skupiłem się na rozciaganiu. Z piątku na sobotę byłem zmuszony zrobić tzw. nockę, finalizując pisanie mojej części artykułu naukowego o bezpłodności. W sobotę inne obowiązki i wieczorny pociąg z Cieszyna do Krakowa. Od momentu postawienia stopy w mieszkaniu rozpoczął się etap finalnego przygotowania – strój, żele, prysznic, ostatni posiłek, itd. Z wolna usypiając, ostatnią rzeczą, którą przeczytałem przed snem, to informacja o irańskim ataku dronowo-rakietowym na Izrael. Korciło mnie, żeby się wczytywać, ale budzik miał zadzwonić za 7h. Do snu.
Pobudka i na linię startu. Bieg rozpoczął się o 9:00. To był mój drugi maraton, więc wybrałem sobie przedzial czasowy 4:00 – 4:15. W zamyśle chciałem poprawić swój wynik o minimum 15 minut. Playlista Ton do Mara, składanka muzyki filmowej, w głównej mierze Władca Pierścieni. Jak to zwykle bywa do 30 km była bajka, płynąłem. Później zaczęły się schody. Dobiec do końca Nowej Huty, za Plac Centralny i wrócić na rynek. Po raz kolejny słońce ł prażyło, a uda łapały skórcze. Pamiętam dwa fragmenty, w których odpowiednia muzyka wskoczyła na słuchawkach: King in the North – Ramin Djawadi, a później początek, pierwsza fragment Szeherezady Rimskiego-Korsakowa. Dreszcz przeszedł po plecach, niwelując na krótką chwilę ból. Na ostatniej prostej, na Grodzkiej dostałem niezwykłego przypływu energii, tak jak to pamiętam z pierwszego maratonu. Człowiek zapomina o wszystkim i po prostu pędzi do mety, bo ją WIDZI.
Przekroczyłem linię i oddychałem. 4:27. Czas o dwie minuty lepszy od zeszłego roku. Wziąłem fanty, medal i poszedłem do namiotu dla zawodników. Tam poznałem trzy osoby.
Stoczyłem się na ziemię po prawej stronie namiotu, w którym przebywało ok. 100 osób. Jedna kobieta zwróciła się w moją stronę z uśmiechem: „I jak?”. Konwersacja od tego momentu płyneła naturalnie. Okazało się, że ona i jej mąż są z Bielska-Białej. Osiągnęła wynik 4:17 – 10 minut lepszy niż ja. Rozmawialiśmy o maratonie, o sporcie, o młodzieży, o studiach, o Turcji, o islamie, o wyścigach biegowych w Polsce: Dolina Trzech Stawów, Bieg Rzeźnika, Salamander Trail Race, Bieg Fiata, Półmaraton Krakowski, Bieg Trzech Kopców, Bieg Zbója, bieg na GSB. Kobieta czeka na męża, bo ma jej komórkę. Umówili się, że spotkają się po prawej stronie namiotu dla zawodników. Jej mąż przebiegł KAŻDY z wcześniejszych 20 maratonów krakowskich. W tym miał nie startować, bo niestety – zachorował zimą na raka. Chemioterapia w ostatnich miesiącah. Rozmawialiśmy z 30 minut, a go nadal nie było. Nie stał po bokach, przy linii mety – żona go próbowała znaleźć wzrokiem finalizując wyścig.
Nagle przychodzi Czesio. Starszy 79-letni mężczyzna. Wizerunkowo – Clint Eastwood. Znajomy owego małżeństwa. Również z Bielska Białej. Wita się z nami i zostawia rzeczy (w tym przekazuje naleśniki z czekoladą dla zawodników w ręce kobiety). Mówi, że zaraz wróci bo go wzywają organizatorzy wyścigu i odchodzi. Kobieta mówi mi, że to żyjąca legenda, jednocześnie zjadając jego czekoladowe naleśniki. „Czesiu jest najstarszym uczestnikiem maratonu. Przebiegł tyle, że zbije Cię to z nóg – sam ci opowie”. Ja i kobieta poszliśmy na zmianę po naleśniki z czekoladą rozdawane na zewnątrz namiotu. Ona po zastępstwo, a ja po swój. Czesław wraca po 5 minutach, trzymając pod pachą fragment dekorowanego kartonu, z napisem „1000 zł – Dla najstarszego uczestnika”. Krzyczymy brawo. Siada, rozmawiamy, a ja po chwili dopytuję o osiągnięcia. Dowiaduję się, że Czesio przebiegł w życiu 153 biegi o minimalnym dystansie 30 km, a zaczął w wieku 40 lat. Biorąc pod uwagę jego wiek (79), wychodzi na to, że w ciągu ostatnich 39 lat, co roku wykonywał ok. 4 takie biegi. Opowiada także o tym, że na koncie ma 27 długodystansowych biegów górskich w Szwajcarii. Jednym z nich jest bardzo popularny, sierpniowy bieg Sierre-Zinal na dystansie 31 km (+ 2200 m przewyższenia). Mówi mi, że chciałby zrobić w swoim życiu 30 takich biegów, to jego marzenie. Problemem są pieniądze: opłata startowa, przejazd, bardzo wysokie koszta ogólne. Doradza mi, żebym „nie śpieszył się z niczym”. „Ja trenuję raz w tygodniu i mam tyle konkursów na koncie”. „Wielu z moich kolegów, którzy trenowali 5 razy w tygodniu, już nie żyją – zostało nas trzech z ośmiu”. „Jak masz fragment druta i zaczniesz nim intensywnie wyginać, to w końcu go złamiesz – pamiętaj!”.
Kobieta pyta o swojego męża. Czesiu mówi – „Może jednak pobiegł?”. Ona odpowiada: „nie ma możliwości. Nie uiścił opłaty startowej, nie odbierał pakietu i dodatkowo, nie powinien obciążać organizmu. Chemię skończył w zeszłym miesiącu”. W tym samym momencie do namiotu wchodzi jej mąż – z czekoladowym naleśnikiem. Cały spocony. Mówi „udało się – będę miał jednak wszystkie”. Czesław się uśmiecha.


Dodaj komentarz