Olga Tokarczuk napisała w Księgach Jakubowych, że „Bóg stworzył człowieka z oczami z przodu, a nie z tyłu głowy, co znaczy, że człowiek ma się zajmować tym, co będzie, a nie tym, co było”.
Mimo tego pojawiają się pewne momenty. Pewne fragmenty podróży, które warto odnotować. Do których warto wrócić, by spostrzec nasze zachowania w danym wieku, w danym czasie. Kronikarsko zachować toczone przez siebie bitwy, ale także złożyć hołd własnym osiągnięciom. Początkom.
8.07.2023 (Sobota)
Pewnie o tym już wcześniej pisałem, ale do będę do tej podróży regularnie wracał. Był początek lipca 2023 roku i zadecydowałem o wyjeździe na festiwal literacki w Kotlinie Kłodzkiej, który odbywał się w okresie 7-16 lipca. Byłem ciekawy co mnie czeka. Postanowiłem po prostu kupić bilet, pojechać i przekonać się na własne oczy co znajdę na miejscu. Trasa wyglądała tak: wyjazd z Goleszowa pociągiem do Katowic. Było słonecznie, około 9 rano. O 11 wsiadłem na pociąg do Wrocławia. Tam po 13 przesiadka w kierunku Nowej Rudy. Topografia terenu zmieniała się stale. Góry, pola, pagórki a na koniec góry. Wyjechałem spod granicy czeskiej i wylądowałem na granicy czeskiej. Okolice Wałbrzycha, tamtejsza przyroda była inna. Do tej pory mam ciarki przypominając sobie widok z pociągu, który przejeżdzał starym pół-drewnianym mostem. Już wtedy czułem, że trafiam w magiczne miejsce.
Przyjazd do Nowej Rudy i ogromna ciekawość. W powietrzu czuć było ogrom mądrości. Zchodząc w dół od dworca, w stronę rynku po brukowanej ulicy obserwowałem typową polską miejscowość. Hałas budowy, bijące dzwony, dźwięki kosiarki, ćwierkające ptaki, bawiące się dzieci, nastolatkowie popijający piwa w parku przy rzece. Gdzieś w tle basen i zabawa. Ja oddychałem i obserwowałem. Pochodziłem po rynku z dużym plecakiem, który powoli mi zaczynał ciążyć. Zatrzymała mnie nieznana osoba, mężczyzna trzydziestoparoletni. Zapytał skąd jestem i co tu robie. Wyjaśniłem. Rynek był osłoneczniony, około godziny 16. Porozmawialiśmy chwilę i obaj zgłodniali ustaliliśmy, że wspólnie zjemy obiad. Na rynku otwarta była jedynie pizzeria.
Wojtek, tak miał na imię ten mężczyzna, przyznał się, że przyjechał do Nowej Rudy na weekend, żeby ucieć od dużego miasta. Pracował we Wrocławiu w branży IT i opowiadał o swoich doświadczeniach. Przynał też, że Nowa Ruda jest dla niego dobrym miejscem aby się wyciszyć, uciec od rodziny, od domu, od małżonki. Pobyć samemu. W ciszy. Nie interesowała go literatura, więc z ciekawością pytał co tu robię. Wytłumaczył mi także, że jeśli chcę przejść do Zamku Sarny przez Górę Świętej Anny, może to być bardzo trudne, ze względu na całkiem spory dystans i wysiłek z tym związany. Powiedziałem, że zbyt dużo przejechałem już dzisiaj i przejdę z buta.
Po zjedzeniu obiadu i pożegnianiu się z Wojtkiem założyłem plecak, w Żabce kupiłem cisowiankę + żywiec zero i ruszyłem w stronę festiwalu. Pierwszym krokiem była Góra Świętej Anny. Z wolno zachodzącym słońcem wróciłem z rynku na dworzec. Od dworca dalej, obok ceglanych poniemieckich domów i nowych modernistycznych bloków. Odchodząc od obszaru zabudowanego pojawiły się ogórki działkowe, potem krótki fragment pola. Woda w butelce cisowianki się powoli kończyła, a upał był nieznośny. Nagle las i cień. Szum. Gałęzie i pot na skroni. Schodami gigantów z plecakiem na górę. Serce kołatało. Widzę koniec. Po 20 minutach wspinaczki ścieżka się powoli wyrównywała. Dotarłem na szczyt. Patrzę w lewo – Góra Świętej Anny. Patrzę prosto Kotlina Kłodzka. Patrzę w prawo – szlak w dół w stronę festiwalu literackiego.








Dodaj komentarz